Ethan stał po środku lasu i czekał. Kiedy rano zauważył kartkę z listą rzeczy do zrobienia i dopiskiem, że ma się zjawić o północy w Mrocznym Lesie, pomyślał, że to żart. Gdy wykonał wszystkie prace, miał nadzieję, iż mistrz Brandon pojawi się nagle z pobłażliwym uśmiechem. Ale tak się nie stało. Dlatego teraz, Ethan stał samotnie, trzymając w lewej ręce pochodnię, a w prawej -miecz. Broń nie była jakoś specjalna. Rękojeść - zwykła z metalu, bez żadnych zdobień, a klinga -stalowa z wygrawerowaną na nią sentencją w nieznanym języku. Chłopak wiele razy pytał mistrza o to, co to znaczy, ale ten nie chciał udzielać mu na to pytanie odpowiedzi...
Odgłos kopyt wyrwał go z zamyślenia. nasłuchiwał. Kilku jeźdźców zbliżało się w jego stronę. Ethan mocniej zacisnął dłoń na rękojeści. Na zamierzał gasić pochodni, czy też kryć się w krzakach. Prawdopodobnie i tak już ujrzeli źródło światła, więc po co było się kryć? Poza tym tylko szaleńcy zapuszczają się do Mrocznego Lasu w środku nocy.
- Szybciej - usłyszał jakiś donośny głos.
Przybysze też jakoś specjalnie się nie kryli, pomyślał Ethan. Po chwili bezmyślnego stania i bardziej kurczowego zaciskania dłoni na rękojeści, chłopak zobaczył czterech konnych.
- Stać! - warknął wysoki mężczyzna z przodu.
- To on - powiedział niepewnie ten z lewej.
- Przepuście mnie - powiedział inny i wyjechał przed szereg. Wyróżniał się najbardziej. Czarne. długie włosy miał zaczesane do tyłu, kilka kosmyków opadało mu na twarz. Jako jedyny nie był w ciężkiej zbroi, a w lekkim skórzanym pancerzu. Na szyi wisiał naszyjnik z niedźwiedziem.
- Kim jesteś... chłopcze? - spytał.
Ethan patrzył na niego przez chwilę. Kojarzył tego przybysza, ale nie mógł sobie przypomnieć z kim. Przełknął ślinę.
- Ethan - odparł powoli.
Czarnowłosy pochylił się lekko do przodu. W jego niebieskich oczach coś błysnęło.
- Mieliście rację - zwrócił się do rycerzy. - Jego szukaliśmy.
Uczeń Mistrza Brandona postąpił kilka kroków w tył.
- O co wam chodzi? - spytał. Postąpił głupio? Tak!
- Uspokój się - uśmiechnął się do niego ten w skórzanym pancerzu. - Jestem Arthur. Dokładniej mówiąc, książę Arthur z Rodu Szlachetnych Niedźwiedzi.
Oczy Ethana rozszerzyły się. Już wiedział skąd go kojarzył. Widział księcia kilka razy, a Brandon często o nim mówił.
- Książę - wyszeptał chłopak i uklęknął. Nauczony był szacunku do wysoko urodzonych.
- Wstań, głupcze - Arthur machnął na niego ręką. - Jeśli nie przestaniesz się wygłupiać nigdy nie dojedziemy do zamku.
- Co? - spytał nic nie rozumiejąc.
- Wszystkiego dowiesz się w zamku, obiecuję - rzekł książę. - Thomasie?
- Już - do Ethana podjechał na koniu rosły mężczyzna w zbroi. Wyciągnął do niego rękę. - Niestety musisz jechać ze mną.
- Żaden problem - mruknął chłopak i z pomocą rycerza wdrapał się na konia.
- Na przód! - zwołał Arthur.
- Niestety, nie da rady, mój książę - powiedziała pewna kobieta zbliżając się. - Król wzywa ciebie i nowo przybyłego do sali.
Arthur westchnął ciężko.
- Trudno. Ethanie, otrzymasz wyjaśnienia wcześniej niż zakładałem - powiedział i uśmiechnął się.
- Nie martw się o konie panie - rzekł Eugeniusz chwytając za wodze. - Są w dobrych rękach.
- Wiem - odparł dziedzic rodu Szlachetnych Niedźwiedzi. - Przy okazji nauczysz swojego syna jak obchodzić się ze zwierzętami.
Stajenny skłonił głowę.
- Tak, panie.
- Thomasie, chodź z nami. Colinie, Evanie. Wracajcie do swoich obowiązków.
- Tak jest! - powiedzieli zgodnie rycerze i rozeszli się.
- Chodźmy - powiedział książę. - Zobaczymy dlaczego król chce nas spotkać.
- Szybciej - usłyszał jakiś donośny głos.
Przybysze też jakoś specjalnie się nie kryli, pomyślał Ethan. Po chwili bezmyślnego stania i bardziej kurczowego zaciskania dłoni na rękojeści, chłopak zobaczył czterech konnych.
- Stać! - warknął wysoki mężczyzna z przodu.
- To on - powiedział niepewnie ten z lewej.
- Przepuście mnie - powiedział inny i wyjechał przed szereg. Wyróżniał się najbardziej. Czarne. długie włosy miał zaczesane do tyłu, kilka kosmyków opadało mu na twarz. Jako jedyny nie był w ciężkiej zbroi, a w lekkim skórzanym pancerzu. Na szyi wisiał naszyjnik z niedźwiedziem.
- Kim jesteś... chłopcze? - spytał.
Ethan patrzył na niego przez chwilę. Kojarzył tego przybysza, ale nie mógł sobie przypomnieć z kim. Przełknął ślinę.
- Ethan - odparł powoli.
Czarnowłosy pochylił się lekko do przodu. W jego niebieskich oczach coś błysnęło.
- Mieliście rację - zwrócił się do rycerzy. - Jego szukaliśmy.
Uczeń Mistrza Brandona postąpił kilka kroków w tył.
- O co wam chodzi? - spytał. Postąpił głupio? Tak!
- Uspokój się - uśmiechnął się do niego ten w skórzanym pancerzu. - Jestem Arthur. Dokładniej mówiąc, książę Arthur z Rodu Szlachetnych Niedźwiedzi.
Oczy Ethana rozszerzyły się. Już wiedział skąd go kojarzył. Widział księcia kilka razy, a Brandon często o nim mówił.
- Książę - wyszeptał chłopak i uklęknął. Nauczony był szacunku do wysoko urodzonych.
- Wstań, głupcze - Arthur machnął na niego ręką. - Jeśli nie przestaniesz się wygłupiać nigdy nie dojedziemy do zamku.
- Co? - spytał nic nie rozumiejąc.
- Wszystkiego dowiesz się w zamku, obiecuję - rzekł książę. - Thomasie?
- Już - do Ethana podjechał na koniu rosły mężczyzna w zbroi. Wyciągnął do niego rękę. - Niestety musisz jechać ze mną.
- Żaden problem - mruknął chłopak i z pomocą rycerza wdrapał się na konia.
- Na przód! - zwołał Arthur.
***
Gdy dojechali do zamku, zaczęło już świtać. Przejechali przez długi most. Żelazna krata otworzyła się. Wjechali na dziedziniec. Zeszli z oblanych potem koni.
- Panie! - zwołał starszy mężczyzna biegnąc w ich stronę. - Martwiliśmy się o ciebie!
- Spokojnie, Eugeniuszu - Arthur uśmiechnął się do niego. - Nic nam nie jest. Ethan także jest z nami.
Ciemne oczy służącego rozszerzyły się.
- Czy mógłbyś zając się końmi? - spytał książę po chwili. - Chciałbym trochę odpocząć.- Niestety, nie da rady, mój książę - powiedziała pewna kobieta zbliżając się. - Król wzywa ciebie i nowo przybyłego do sali.
Arthur westchnął ciężko.
- Trudno. Ethanie, otrzymasz wyjaśnienia wcześniej niż zakładałem - powiedział i uśmiechnął się.
- Nie martw się o konie panie - rzekł Eugeniusz chwytając za wodze. - Są w dobrych rękach.
- Wiem - odparł dziedzic rodu Szlachetnych Niedźwiedzi. - Przy okazji nauczysz swojego syna jak obchodzić się ze zwierzętami.
Stajenny skłonił głowę.
- Tak, panie.
- Thomasie, chodź z nami. Colinie, Evanie. Wracajcie do swoich obowiązków.
- Tak jest! - powiedzieli zgodnie rycerze i rozeszli się.
- Chodźmy - powiedział książę. - Zobaczymy dlaczego król chce nas spotkać.
***
Strażnicy otworzyli wielkie drewniane drzwi na których wyrzeźbione były najważniejsze sceny Rodu Szlachetnych Niedźwiedzi. Ethan, Arthur i Thomas powoli weszli do środka. U szczytu stołu siedział król, a po jego prawicy zasiadał Mistrz Brandon. Ethan wybałuszył oczy. Coraz mniej mu się to wszystko podobało. Król prześlizgnął po nich zmęczonym i obojętnym wzrokiem. Brandon parzył na ich trójkę poważnie.
- Podejdźcie tu - rzekł mag. - Musimy bardzo poważnie porozmawiać.